Rynek poligraficzny
Czasopisma
Książki
Opakowania
Akcydensy
Reklama zewnętrzna
Specjalne zastosowania
Usługi, maszyny, materiały

Przykład Z-Card

Introligatornia

w Polsce

Polski rynek introligatorski jest bardzo specyficzny. Ogromny wpływ na jego ukształtowanie miały zmiany historyczne na przestrzeni ostatnich 30 lat.

Specyfiką powstających w Polsce na początku lat 90. bardzo licznie drukarń było dążenie do maksymalnej samowystarczalności. Każda z nich chciała mieć własną introligatornię. Wiązało się to z bardzo dużymi kosztami i dysproporcją pomiędzy wydajnością maszyn drukujących i introligatorskich, ale było zabezpieczeniem przed przejęciem klienta przez konkurencję.

W efekcie nie powstały duże firmy zajmujące się obróbką po druku, a i tych średnich jest dziś zaledwie kilka. Wśród nich jest założona w roku 1995 w podwarszawskim Pruszkowie introligatornia Aligator.

Właściciel Aligatora Jacek Jurkowski wskazuje, że w czasach polskiej transformacji opłacało się drukarni inwestować we własną introligatornię.

- Warunkiem opłacalności jest powtarzalny cykl, duże zlecenia i kontrakty zawarte na rok lub dłużej. W tym przypadku własna introligatornia jest skróceniem cyklu produkcyjnego. Łatwiej zorganizować całą produkcję, mając ją w jednym miejscu.

Jednak gdy patrzymy na rynek poligraficzny za naszą zachodnią granicą i duże wyspecjalizowane introligatornie posiadające bardzo drogie i bardzo wydajne maszyny, to czy nie jest to droga, którą można by podążać? Może opłacałoby się wystąpić o dotacje?

- Przy tak dużej inwestycji konieczne jest pozyskanie odpowiedniej wielkości zamówień. Na to zaś nie ma szans, gdyż duże drukarnie już się oprzyrządowały.

Zatem nasz rynek poszedł już w tę stronę?

- I tego się nie zmieni. Trzeba znaleźć jakąś taką niszę i w niej mocno się osadzić. Tradycyjna introligatornia nie ma przyszłości. W Niemczech ten rynek jest od lat podzielony inaczej. Od lat, od pokoleń są relacje drukarnie - introligatornia. Znają się firmy, znają się często właściciele firm i wiedzą, że mogą na siebie liczyć.

W jakiejś mierze współpracuje pan z drukarniami. Czy także z klientami końcowymi?

- Współpracuję głównie z drukarniami. Wykonujemy oprawy książek. Oprawy zwykłym klejem i klejem PUR. Jest to mocny klej, szczególnie stosowany do arkuszy kredowych o wyższej gramaturze. Mamy tradycyjną oprawę zeszytową, a od kilku lat robimy również oprawę szyto-klejoną miękką. Jest to bardzo mocna, nie do rozerwania oprawa katalogów do takich wydawnictw, które są często używane. Klienci często wymagają, żeby było można otworzyć, przełamać wydawnictwo aż do grzbietu.

Utrzymanie się na rynku wymaga nowych technologii, maszyn - konieczne są inwestycje?

- Inwestycje są niezbędne. Nasze ostatnie to niciarka, automat, prasa do prasowania leg w linii z falcerką, na której składamy legi do książki. Każda składka jest osobno prasowana. Dodatkowo, żeby otrzymać dobrą jakościowo oprawę i mocny grzbiet, po operacji szycia nićmi leg dodatkowo zgniatamy grzbiet, czyli poddajemy go tzw. kalibracji. Jest to dodatkowa specjalna prasa do grzbietów, która wszystkie legi zszyte nićmi ponownie razem zgniata. Jesteśmy w stanie zrobić dobre jakościowo wydawnictwo w granicach 10 tys. dziennie.

Po kryzysie, który dotknął także rynek poligraficzny, zostali przede wszystkim ci najwięksi, którzy skupili produkcję. Stać więc ich na inwestycje we własne introligatornie. Czyli drukarnie będą panu powoli odpadać, ten rynek tym bardziej się skurczy.

- Dlatego trzeba myśleć o nowych usługach.

Specjalizujemy się w ulotkach farmaceutycznych. Mamy klientów z całego kraju. Jest to niszowy produkt, gdyż niewiele firm potrafi to wykonać. Konieczne są odpowiednie maszyny i umiejętności. Ulotki farmaceutyczne mają bardzo niskie gramatury papieru, są duże wymagania co do powtarzalności złożenia, odpowiedniego zapakowania itd. Wszystko też wskazuje na to, że ulotki farmaceutyczne będą coraz większe. Muszą zmieścić coraz więcej informacji oraz uwzględnić unijne dyrektywy nakazujące zwiększenie czcionki. Ten ostatni wymóg był spowodowany słabą czytelnością zwłaszcza dla ludzi starszych. W związku z tym ulotki rozrastają się - niektóre są o 50 proc. większe, a w dalszym ciągu muszą być złożone do tego samego formatu. Z tym wszystkim nie każdy może sobie poradzić.

Jednak to, co przede wszystkim widać na waszej stronie internetowej, to oferta Z-Card.

- Jest to nasza eksportowa specjalizacja. Jesteśmy partnerem i jedynym licencjonowanym producentem angielskiej firmy Z-Card Limited. Z-Card są to kieszonkowe nośniki informacji występujące najczęściej w formacie karty kredytowej. Są one dość popularne na Zachodzie, gdzie trafia 90 proc. naszej produkcji. Ta forma przekazu informacyjnego charakteryzuje się małymi rozmiarami, a jednocześnie dużą powierzchnią, na której można umieścić wiele informacji lub reklam. Jej główne zalety to: trwałość, oryginalność oraz skuteczność marketingowa, nieporównywalnie większa w stosunku do tradycyjnych wydawnictw poligraficznych czy ulotek.

Czy chcecie bardziej zainteresować tym wyrobem również polskich odbiorców?

- Tak. Propagowaniem i prawami handlowymi zajmuje się warszawska agencja Rotom, zaś Aligator wykonuje introligatorską część pracy.

A jakie plany?

- W zeszłym roku uruchomiliśmy również usługę etykietowania połączoną z zabezpieczaniem przed niekontrolowanym otwieraniem produktu.

Aplikujemy okrągłą etykietę o średnicy 25 mm wykonaną z przezroczystego materiału, na odpowiednim podłożu klejowym, z linią perforacji biegnącą przez jej środek. Zabezpieczamy w ten sposób produkty Z-Card oraz inne wydawnictwa przed samoistnym otwieraniem się podczas maszynowego insertowania do gazet codziennych czy tygodników.

Istnieje możliwość zabezpieczania w ten sposób testów egzaminacyjnych, egzaminów maturalnych oraz innego rodzaju druków podlegających konieczności zabezpieczania.

Zakres formatów to: od wielkości karty kredytowej, czyli 85 x 54 mm, do formatu A4 - 210 x 297 milimetrów.

Zlecenia tego rodzaju jesteśmy w stanie wykonać w dowolnym miejscu, czyli np. w drukarni klienta.

Utworzyliśmy również nowy dział. Jest to szeroko pojęta personalizacja druków czy też ogólnie wyrobów poligraficznych. Jesteśmy w stanie zindywidualizować nasz produkt poprzez umieszczenie w odpowiednim miejscu nadruku z bazy liczącej powiedzmy 600 tys. adresów. Jest to właściwie projekt marketingowy, mailingowy. Nie jest to dosłownie e-mailing, ale maksymalne zindywidualizowanie wyrobu zgodne z wymogami klienta. Możemy jednocześnie umieścić kilka elementów personalizacyjnych: kod kreskowy, QR-Code, Data Matrix, dane adresowe czy logo firmy.

Uruchomiliśmy także linię produkcji spersonalizowanych etykiet ze zdrapką. Na wydrukowaną etykietę nanosimy personalizację, a następnie możemy ją zakryć zdrapką i zadrukować ją tzw. tracking kodem. Oferujemy też pakowanie i wysyłkę spersonalizowanych elementów w dowolnie przez klienta zaproponowanej kolejności.

Jak pan ocenia rynek na tego rodzaju usługę?

- Mamy już bardzo poważnych klientów i myślę, że może być na to spory popyt. Już wcześniej mieliśmy zapytania o możliwość personalizacji Z-Card. Potencjalnymi klientami są duże firmy ubezpieczeniowe, banki, linie lotnicze, duże firmy produkcyjne z segmentu rynku usług produktów szybko zbywalnych - tam gdzie jest potrzebna szybka, precyzyjnie skierowana informacja. Adresatami są także duże korporacje organizujące akcje lojalnościowe czy konkursy. Usługa tego rodzaju jest wprawdzie dość kosztowna, gdyż sam sprzęt nie jest tani. Część urządzeń takich jak przenośniki, podajniki już posiadamy. Zostaje jeszcze część główna, czyli możliwość szybkiego druku w kilku wierszach włącznie z logo firmy. Jest to z założenia przygotowanie całej kampanii produktu łącznie z projektami, drukiem i całą otoczką. Czyli klient otrzymuje całą koncepcję działania dostosowaną do jego potrzeb.

Gwarantujemy przy tym 100-procentową dokładność wykonania. Każdy element jest dwukrotnie sprawdzany. Jest przygotowane specjalne stanowisko kontroli.

rozmawiał Andrzej Tuka