Rynek poligraficzny
Czasopisma
Książki
Opakowania
Akcydensy
Reklama zewnętrzna
Specjalne zastosowania
Usługi, maszyny, materiały

Paweł Dreszer, współwłaściciel drukarni Lotos Poligrafia, od 2013 r. członek rady nadzorczej. Inżynier poligraf, otrzymał dyplom w 2010 roku. Następnie kontynuował naukę na Politechnice Warszawskiej na Wydziale Inżynierii Produkcji na studiach angl

Nowa generacja

w Lotos Poligrafia

Tradycje rodzinne w tej warszawskiej drukarni są bardzo żywe. W ostatnich latach do pracy przystąpili przedstawiciele czwartego pokolenia poligrafów.

O studia, o plany związane z drukarnią pytamy Pawła Dreszera.

Czego ciekawego, przydatnego w kierowaniu drukarnią nauczył się pan na studiach?

- Na kierunku papiernictwo i poligrafia poznałem dokładnie procesy druku w różnych technikach stosowanych obecnie i dawniej. Przekazano nam również dużo wiadomości na temat materiałów i ich wpływu na produkt. Jednak przede wszystkim studia dały wiedzę, jak i gdzie można znaleźć niezbędne informacje, które mogą dopomóc w rozwiązywaniu problemów - chociażby tych połączonych z jakością druku. Na kolejnych studiach dowiedziałem się, jak efektywnie zarządzać przedsiębiorstwem produkcyjnym, jakim również jest drukarnia, aby - w uproszczeniu - jak najwięcej wyprodukować w tym samym czasie, dysponując określonymi zasobami ludzi i sprzętu.

Wspomniał pan o jakości druku. Nawiążmy więc do podstawowego tematu "Print Partnera": który etap pracy w drukarni ma największy wpływ na jakość?

- Na osiągnięcie doskonałości składa się cały łańcuch: fachowość pracowników, park maszynowy, organizacja, sposób zarządzania, prawidłowy przepływ informacji. Ale według mnie, najważniejsi są ludzie, a po nich maszyny. Z materiałami jest prościej. Papier czy farby można często zmieniać, dobierając najlepsze, zaś maszyny mają bardzo długi okres eksploatacji, co oznacza, że decyzje o inwestycjach są bardzo ważne. Jednak najważniejsi są ludzie, którzy pracują w naszej drukarni. Niektórzy przyszli do nas już bogaci w doświadczenia i umiejętności, inni nauczyli się zawodu tutaj. Tu zostali przeszkoleni i przeszli kolejne stopnie wtajemniczenia. Wszyscy dzięki ciężkiej pracy stanowią bardzo ważny filar, na którym opiera się nasza drukarnia. Nie ma według mnie stanowiska, które nie wpływałoby na jakość. Na każdym etapie można coś popsuć. A chodzi o to, aby na każdym pracować dobrze, z zaangażowaniem i z dbałością o efekt. Dlatego tak ważny jest odpowiedni dobór ludzi. W Lotosie zdecydowana większość pracowników ma długi staż, więc się dotarliśmy i możemy efektywnie wspólnie działać.

Czy pamięta pan swój pierwszy kontakt z drukarnią?

- Pierwsze moje zetknięcie było zapewne jeszcze w czasie, gdy nie umiałem chodzić. Natomiast warta odnotowania jest anegdota z czasów, gdy Lotos mieścił się jeszcze przy ulicy Mińskiej pod numerem 25. Nigdy nie zapomnę, gdy jako małe dzieci weszliśmy z bratem na maszynę i zakręciliśmy dopływ wody. Skutkiem naszej zabawy była kałuża za maszyną i drukowanie samych czarnych apli, co spotkało się z głęboką dezaprobatą maszynistów i zakazem dalszych zabaw w drukarni. Cóż, początki nie zawsze bywają łatwe, ale przynajmniej pierwszy narząd mieliśmy już za sobą. Mówiąc poważnie, byliśmy dość częstymi gośćmi na Mińskiej - odwiedzaliśmy rodziców i przyglądaliśmy się pracy drukarni. Myślę, że już wtedy obaj z bratem wiedzieliśmy, że będzie to nasza przyszłość. Mój młodszy brat Karol, podobnie jak ja, jest inżynierem poligrafem i kontynuuje naukę na studiach anglojęzycznych Global Production Engineering and Management.

Mam świadomość, że noszę nazwisko znane w środowisku poligrafów.

Wydaje mi się, że w czasie studiów

w kilku przypadkach wymagano

ode mnie więcej niż od innych właśnie

z tego powodu.

Później, gdy Lotos zmienił siedzibę i przeniósł się w 2002/2003 roku pod obecny adres, na Wał Miedzeszyński 98, również zaglądaliśmy obaj często do drukarni. Odbyłem w niej praktyki studenckie, gdyż uznałem, że oprócz samego procesu warto poznać z bliska swoją drukarnię. Pracowałem w niej, podobnie jak mój brat, już pod koniec studiów inżynierskich. Poznawałem kolejne działy, ich specyfikę, uczyłem się obsługi maszyn. Najwięcej czasu przeznaczyłem na pracę w dziale maszyn drukujących, wykonując obowiązki pomocnika maszynisty. Ten staż nauczył mnie, jak wygląda codzienna praca w drukarni, jakie są możliwości urządzeń oraz obsługujących je ludzi. To ważna wiedza, bardzo potrzebna przy zarządzaniu firmą, przy planowaniu i rozliczaniu. Dużo wyraźniej wtedy widać, jak zmiana konfiguracji maszyn lub czasem całkiem drobne inwestycje mogą ułatwić pracę, zwiększając jej wydajność i jakość uzyskanego produktu.

Teraz pracuje pan jako kierownik zmianowy?

- Tak, jestem kierownikiem zmianowym od ukończenia studiów magisterskich, a więc bardzo krótko. Ale już mogę powiedzieć, że jest to stanowisko ciekawe, które daje możliwość obserwacji całego cyklu produkcyjnego i zrozumienia pewnych niuansów, o których wcześniej nie wiedziałem. Tu przekonałem się, jak ważną rzeczą jest jasne i jednoznaczne przekazywanie informacji.

Co pan uważa za najtrudniejsze w pracy na tym stanowisku?

- Najtrudniej przyszło mi dostosować się do pracy trzyzmianowej. Wiem teraz, jak trudno jest w jednym tygodniu wstawać przed świtem, w następnym prawie nie mieć dnia, a w kolejnym zamienić dzień z nocą. Jestem pełen szacunku dla ludzi, którzy sobie z tym radzą i pracują w ten sposób latami.

To trudność z rodzaju przezwyciężania własnych słabości. Natomiast oczywiście najtrudniejsze jest podejmowanie właściwych decyzji, zwłaszcza w nocy, gdy z różnych powodów wydaje się, że trzeba zrobić odstępstwo od planów przygotowanych przez szefa produkcji. Decyzja o przerwaniu druku, zmiany kolejności drukowania lub oprawy poszczególnych tytułów jest trudna, ale zawsze ma na celu tylko jedno: wykonany produkt musi mieć najwyższą jakość, w związku z tym nie można pozwolić sobie na kontynuowanie pracy, gdy coś nie do końca jest jasne, możliwe do wyjaśnienia jedynie w dzień lub gdy coś zostało zepsute - bo i tak się zdarza - i nie można tego wypuścić, tylko trzeba cofnąć się do poprzednich etapów i poprawić.

A co daje panu największą satysfakcję?

- To, że dzięki mojemu działaniu coś zostało zrobione szybciej lub lepiej.

Po kilku trafnych decyzjach zauważyłem pozytywną zmianę w nastawieniu do mnie pracowników, którzy na początku przyjmowali mnie dość nieufnie. Teraz odnoszę wrażenie, że zostałem zaakceptowany i cieszy mnie to. I najważniejszy powód do satysfakcji - doskonale wydrukowany produkt, oprawiony, spakowany i czekający na wysyłkę, i to najlepiej przed terminem, jako efekt wspólnej pracy.

Czy zastanawiał się pan nad zmianami w drukarni Lotos?

- Już teraz widać, że robi się nam coraz ciaśniej, że coraz trudniej znaleźć miejsce pod nowe maszyny. Więc żeby mieć możliwość dalszego rozwoju, powinniśmy wybudować nową halę.

Jest pan w swojej rodzinie poligrafem już czwartego pokolenia. Czy to pomaga w życiu czy wprost przeciwnie, przeszkadza, bo ogranicza możliwość wyboru?

- Bardzo wiele zawdzięczam rodzicom. Mama nauczyła mnie szacunku dla ludzi i odpowiedzialności nie tylko za swój los, ale wszystkich pracowników i ich rodzin, bo przecież ich byt zależy od powodzenia naszego przedsięwzięcia. Ojciec uczył mnie przede wszystkim otwartości i stawiania sobie wysoko poprzeczki.

Mam świadomość, że noszę nazwisko znane w środowisku poligrafów. Wydaje mi się, że w czasie studiów w kilku przypadkach wymagano ode mnie więcej niż od innych właśnie z tego powodu. Ale jestem dumny z mojego nazwiska i z tego, że będę kontynuował rodzinną tradycję. Nie brałem pod uwagę wyboru innego zawodu.

z Pawłem Dreszerem rozmawiała Grażyna Kolanowska